Potomkowie zamordowanych w Katyniu, Charkowie i Kalininie zobaczyli twarze ich oprawców.

Andrzej Grajewski

Wczoraj w Warszawie miała miejsce prezentacja wyjątkowej książki rosyjskiego historyka Nikity Pietrowa pt. „Poczet katów katyńskich”. Powstała po wielu latach żmudnych kwerend archiwalnych. Dzięki nim Pietrow zdołał odtworzyć biografie tych, którzy wiosną 1940 r. rozstrzelali w Katyniu, Charkowie i w Kalinie (dzisiaj Twer) oraz w innych, nadal nieznanych miejscach, ponad 21 tys. polskich jeńców wojennych oraz aresztowanych na Kresach Wschodnich. W prezentacji książki brali udział także potomkowie ofiar tej zbrodni. Przeglądając karty książki mogli zobaczyć twarze morderców ich ojców lub dziadków.

Dzieło Pietrowa, pracownika moskiewskiego „Memoriału”, to kolejny krok na drodze poznawania prawdy o Zbrodni Katyńskiej. Pomimo ustalenia wielu faktów, nadal jest ona tajemnicą państwową Federacji Rosyjskiej. Dość powiedzieć, że do dzisiaj nie przekazano nam 35 tomów śledztwa katyńskiego, formalnie zakończonego w 2004 r. Dlatego nie wiemy, jaka jest pełna lista ofiar rozstrzeliwań, nie znamy także nazwisk wszystkich winnych tej zbrodni, jak i jej wykonawców na wszystkich szczeblach. Nie udało się wreszcie określić wyczerpująco kwalifikacji prawnej Zbrodni Katyńskiej, zarówno zgodnie z prawem rosyjskim, jak i międzynarodowym. Przypomnę, że Główna Prokuratura Wojskowa Rosji zakwalifikowała Zbrodnię Katyńską jako przekroczenie uprawnień przez funkcjonariuszy, a nie jako zbrodnię wojenną czy ludobójstwo.

W ocenie Pietrowa stronie polskiej nadal nie oddano dokumentów najistotniejszych. Nie ma on także złudzeń co do tego, aby miało to szybko nastąpić. Rosyjska opinia publiczna, jak pisze, każde ustępstwo w ujawnieniu prawdy o Zbrodni Katyńskiej przyjmuje ze zdziwieniem i dezaprobatą. W ostatnim czasie nasiliła się wręcz liczba publikacji kwestionujących jakąkolwiek odpowiedzialność strony sowieckiej za popełnienie tej zbrodni. Tym większe podziękowanie należy się takim, jak Pietrow, którzy, ryzykując karierę, a może nawet własne bezpieczeństwo, od lat starają się ujawnić wszystkie fakty w tej sprawie.

Książka starannie wydana przez Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia powinna się stać lekturą obowiązkową dla wszystkich próbujących zrozumieć naturę sowieckiego systemu, ale także współczesnej Rosji. Jakże wiele o tej rzeczywistości mówi fakt, że w Moskwie na grobie głównego kata katyńskiego gen. Wasyla Błochina postanowiono niedawno okazały pomnik, wychwalający jego zasługi dla ojczyzny.

Punktem wyjścia dla poszukiwań Pietrowa był rozkaz nr 001365 z 26 października 1940 r., podpisany przez Berię, nakazujący nagrodzić 124 funkcjonariuszy NKWD z zarządów kalinińskiego, smoleńskiego i charkowskiego za, jak to określono, „pomyślne wykonanie zadań specjalnych”. Historycy nie mają wątpliwości, że wymienieni w tym rozkazie to kaci katyńscy oraz osoby, które na różnych etapach zbrodni uczestniczyły w jej przygotowaniu oraz zacieraniu po niej śladów.

Pietrow, starając się odtworzyć ich biografie, nie miał dostępu do dokumentów personalnych, znajdujących się archiwach Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Nadal bowiem stanowią ściśle chronioną tajemnicę państwową. Sprytnie jednak ominął ten zakaz i idąc śladem rozkazu Berii o wypłacie nagrody za „pomyśle wykonanie zadań specjalnych”, w archiwach państwowych znalazł ich ankiety partyjne, co umożliwiło mu dalsze poszukiwania i odtworzenie biogramów. Dzięki temu publikację uzupełnia załącznik zawierający ponad 130 szczegółowych biogramów funkcjonariuszy różnych szczebli aparatu bezpieczeństwa państwowego, zaangażowanych w Zbrodnię Katyńską, często wzbogacony o ich fotografie.

Lektura tych biogramów zwraca uwagę na kilka faktów. Przede wszystkim uderza, że w rozstrzeliwaniach uczestniczyło niewielu funkcjonariuszy NKWD, tzw. „specgrupa” dowodzona przez Wasilija Błochina. Kilkanaście osób przyjeżdżało na miejsce zbrodni, a później pomagali im lokalni funkcjonariusze z Kalinina, Smoleńska oraz Charkowa. Tych kilkadziesiąt osób osobiście, strzałem w tył głowy, zabiło ponad 21 tys. polskich jeńców wojennych oraz aresztowanych na Kresach Wschodnich. Spośród nich tylko dwie osoby zostały przesłuchane w 1990 r. Do jakiejkolwiek odpowiedzialności, nikt nie został pociągnięty.

Z biogramów zgromadzonych przez Pietrowa wynika, że mordercy z Katynia nie byli postaciami demonicznymi, o skłonnościach psychopatycznych. Pochodzili z rodzin chłopskich, najczęściej nie mieli nawet podstawowego wykształcenia. Wrócili później do swej codziennej pracy i - poza jednorazową premią pieniężną - nie otrzymali żadnego wyróżnienia, nie byli także awansowani. Po wojnie wiedli szare, najczęściej skromne życie. Część z nich, jak wynika ze współczesnych badań, pamiętała jednak o tym, w czym brała udział. Popadali w alkoholizm, czasem obłęd, kilku popełniło samobójstwo. Publicznie jednak nikt nigdy nie żałował, tego co zrobił. U tych, co dożyli czasów, kiedy zaczęto ich pytać o szczegóły zbrodni, pozostało głównie wspomnienie niezwykle ciężkiej i męczącej pracy. „ Co by nie mówić - wspominał jeden ze świadków zbrodni - ta praca nie należała do lekkich. Tak bardzo byliśmy czasem zmęczeni, że ledwo staliśmy na nogach. A myliśmy się wodą kolońską. Do pasa. Inaczej nie dało się pozbyć zapachu krwi i prochu”. Warto to zdanie zapamiętać i utrwalić, podobnie jak nazwiska i twarze morderców z Katynia, Charkowa i Kalinina.

Źródło: Gość Niedzielny, 28 listopada 2015 r.

Ta witryna używa plików cookie. Więcej informacji o używanych plikach cookie można znaleźć tutaj. Tak, akceptuję Nie, chcę dowiedzieć się więcej