Lawirowanie między ciosami putinowskiej pałki

Putin trzyma na smyczy rosyjskie media i niepokornych dziennikarzy, a blogerów i aktywistów, którzy nie popierają jego polityki, wsadza do więzienia za ekstremizm. O tym, czym reżim karmi obywateli mówi z Olga Irisowa, rosyjska ekspertka badająca wpływ propagandy na społeczeństwo.

„Newsweek”: Pracowała pani dla kilku niezależnych gazet. Reżim pilnował pani?

Olga Irisowa: - Napisałam kiedyś tekst do „Niezawisimoj Gaziety” na temat władzy. Artykuł był już przygotowany do druku, kiedy redaktor naczelny wziął kartkę i powykreślał akapity, całkowicie zmieniając przekaz. Takie sytuacje w niezależnych mediach zdarzają się bardzo często. Każdy artykuł jest sprawdzany i nieraz poprawiany bez wiedzy autora tak, żeby redakcja nie naraziła się na problemy.

To czy można te media jeszcze nazywać niezależnymi? Zauważyłam, że żadna redakcja nie porusza tematów korupcji, służb specjalnych czy życia prywatnego Putina. A przecież obowiązkiem mediów jest patrzenie władzy na ręce. Dziennikarze sami się cenzurują?

- Bez wątpienia. Po tym, jak telewizja RBK zaczęła śledzić korupcyjne powiązania Putina, jego rodziny i współpracowników, zwolniono z redakcji prawie cały zespół, a na miejsce niepokornych dziennikarzy wprowadzono nowych, swoich. To samo stało się z serwisem Lenta.ru – choć ekipę wymieniono na lojalną wobec władzy, to marki nie zmieniono. Wielu czytelników nawet nie zauważyło, że treści stopniowo zmieniły wydźwięk. A dziennikarze boją się utraty pracy, lawirują więc między przekonaniami a samocenzurą. Wiedzą, że jeśli poruszą brudne sprawy z Kremla albo życie prywatne prezydenta, znajdą się na nich odpowiednie świstki i narażą redakcję na zamknięcie.

Co ciekawe, jeszcze do niedawna zasada ta obejmowała tylko media ogólnorosyjskie, a regionalne cieszyły się względną swobodą. Zaczęły więc wypływać na coraz szersze wody i opisywać skandale ze stolicy. Ale i one, bodajże rok temu temu, dostały jednoznaczne ostrzeżenie. Roskomnadzor [urząd ds. kontroli mediów – przyp. red.] bez uzasadnienia zlikwidował tomską telewizję TV2, nie przedłużając jej licencji nadawczej. Nieprzypadkowo jednak doszło do tego po emisji reportażu o rekrutowaniu rosyjskich żołnierzy do walk w Donbasie.

Czytaj także: Tajemnica Putina. Jak nabrał Rosjan?

Jak swoje decyzje tłumaczy władza?

- Odkąd Putin został prezydentem, propaganda nabiera instytucjonalnego charakteru, a zmiany zachodzą pod hasłem „bezpieczeństwo”. Co to znaczy? Ot, choćby dwa lata temu przyjęto poprawki do ustawy o ochronie dzieci przed treściami, które mogą je deprawować. Zgodnie z nowym prawem przygotowano więc czarną listę stron internetowych, które z czasem zostały zablokowane. Po roku ustawę uzupełniono o tzw. prawo Ługawowa. Zgodnie z nim Roskomnadzor może - bez nakazu sądu, a po rekomendacjach ministerstw – blokować strony bez żadnych wyjaśnień. Wystarczy, że rzuci hasło „ekstremizm”, a to może oznaczać wszystko, czego chce władza. Na przykład, jeśli bloger publicznie skrytykuje aneksję Krymu, to już podpada pod przepis o separatystycznym ekstremizmie i musi liczyć się z karą grzywny lub więzienia.

O czym jeszcze, poza Krymem, nie można pisać?

- Wiele osób ukarano za proukraińskie posty w internecie. Inny przepis dotyczy obrazy uczuć religijnych. Dwa tygodnie temu sąd skazał mężczyznę na trzy lata więzienia za post na portalu społecznościowym Vkontakte, w którym obrażał on Cerkiew prawosławną. Tak więc pisanie bloga o korupcji wśród duchownych jest ryzykownym zajęciem. Póki co legalnie działająca prasa o małym zasięgu może sobie jeszcze na to pozwolić. Gorzej mają aktywiści i duże media, takie jak „Komsomolska Prawda” czy „Moskiewski Komsomolec”, bo ograniczenia i nadzór wzrastają wraz z liczbą odbiorców.

Czyli opozycyjni dziennikarze z małych redakcji mają jednak pole do popisu.

- Oczywiście ograniczone. To przemyślana kremlowska strategia kanalizacji krytycznych treści. Władza pokazuje światu: zobaczcie, u nas są liberałowie, którzy publicznie mogą się z nami nie zgadzać. Ale jeśli liczba widzów czy czytelników zacznie rosnąć, swoboda medium zostanie od razu ukrócona. Tak było ze wspomnianą przeze mnie telewizją RBK.

Historia też jest drażliwym tematem w Rosji. Niedawno dziennikarze z telewizji internetowej Dożdż ocenili, że blokada Leningradu podczas II wojny światowej była błędem, bo przyczyniła się do śmierci 1,5 mln ludzi. Za tę opinię czytelnicy prawie zlinczowali autorów.

- II wojna funkcjonuje u nas pod nazwą Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, która zaczęła się w 1941 roku. Rosja nie uznaje daty początku konfliktu w 1939, bo wtedy musiałaby się tłumaczyć z paktu z Hitlerem o podziale Polski. Wojna z Rzeszą to element mitu, na którym Putin buduje legendę o wielkości narodu. Tu nie ma pola do interpretacji czy dyskusji o błędach i zbrodniach. Ludzie nie dopuszczają tego do wiadomości, bo dla nich historia to krystaliczna wersja, którą poznali w szkole. A w ostatniej dekadzie nauczyciele mają do dyspozycji jeden podręcznik, z którego Rosjanie dowiadują się, że Stalin ocalił świat przez faszyzmem i wszystkie narody – co najmniej Europy - powinny być nam za to wdzięczne.

Czy Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, że są pod wpływem propagandy?

- Nie, kompletnie. Około 80 proc. obywateli czerpie informacje jedynie z tradycyjnej telewizji, z programów, które znajdują się na pierwszych dziesięciu kanałach na pilocie. A tam pokazywane są te same wiadomości, tylko w różnych formach – jako poważny serwis albo satyra. Oglądając te programy Rosjanie są jednak przeświadczeni, że śledzą doniesienia z różnych źródeł. I nawet jeśli sięgają po informacje o świecie do internetu, to najczęściej docierają do mediów kontrolowanych przez Kreml, bo są najlepiej wypozycjonowane w wyszukiwarkach. A tam: na Zachodzie kryzys gospodarczy, szerzy się homoseksualizm, jest straszna erozja tradycyjnych wartości itd. I Rosjanie myślą sobie: u nas jest źle, ale tam mają gorzej. Dodatkowo podkreślane są antagonizmy między narodami, pielęgnowana jest nienawiść i wzbudzana w ludziach agresja wobec zachodnich sąsiadów.

Stąd te bójki na francuskich ulicach z angielskimi kibicami?

- Oczywiście! Mają one podłoże w geopolityce, a to temat, który najczęściej pojawia się w mediach. To, jaką siłę mają przekazy, pokazuje stosunek Rosjan do homoseksualizmu. Jeszcze kilka lat temu ludziom było obojętne, kto z kim śpi, ale odkąd odmienna orientacja zaczęła być w mediach utożsamiana z upadkiem wartości na Zachodzie, u Rosjan obudziła się nienawiść wobec gejów. W ich wyobraźni pojawia się od razu obraz mężczyzny w różowych stringach, który molestuje dziecko. A teraz mamy agresywnych kiboli, którzy biją Anglików na stadionie. Ci ludzie przyjechali na Euro z Rosji z poczuciem, że Zachód jest przeciwko nim, chce ich stłamsić, poniżyć i wykorzystać słabości. Wystarczy jedno ostre słowo, by wywołać wojnę.

Jak w mediach ukazywani są Polacy?

- Jako jedni z największych wrogów i genetycznych rusofobów. W ostatnich miesiącach króluje temat radzieckich pomników, które polskie władze usuwają z miejsc publicznych. Inny przykład: dwa tygodnie temu w programie w państwowej telewizji Żyrinowski [skrajnie radykalny, faszyzujący polityk, który mówi to, czego Putinowi nie wypada głosić publicznie – przyp. red.] powiedział, że gdyby był na miejscu Stalina, nie byłoby teraz ani Niemiec, ani Polski. Oczywiście, władza nie zareagowała. Polska nie jest co prawda państwem, o którym informacje pojawiają się na pierwszych stronach gazet, niemniej media poświęcają mu więcej miejsca niż choćby Czechom. Zwykle przy okazji jakichś wydarzeń, na przykład gdy w zeszłym roku Schetyna powiedział, że Auschwitz oswobodzili Ukraińcy. Poszła wówczas fala publikacji i negatywnych komentarzy, Wielka Wojna Ojczyźniana jest w końcu drażliwym tematem dla Rosjan.

Źródło: www.newsweek.pl

Ta witryna używa plików cookie. Więcej informacji o używanych plikach cookie można znaleźć tutaj. Tak, akceptuję Nie, chcę dowiedzieć się więcej